Recenzja „As pik” Faridah Àbíké-Íyímídé
Chiamake i Devona dzieli niemal wszystko. Ilość pieniędzy, środowisko, popularność, ambicje. To, co ich łączy to tylko Prywatna Akademia Niveus oraz ciemny kolor skóry. A od teraz, łączy ich też tajemniczy prześladowca As, który zna wszystkie ich sekrety i nie zamierza niczego zostawiać dla siebie…
Mam mieszane uczucia, co do tej książki. Czytało się ją bardzo szybko, ciekawość kim jest As pchała mnie przez kolejne strony, ale kiedy sekret już się wydał… Z jednej strony, było to rozczarowujące i wyolbrzymione, a z drugiej, jestem w stanie uwierzyć, że w Ameryce, dalej się tak dzieje. Bohaterowie zachowywali się, jakby mieli rozdwojenie jaźni – raz dało się z nimi utożsamić, a innym razem, ubolewało się nad ich głupotą.
Interesujące były postacie drugoplanowe, które pokazywały różne postawy, od zmartwienia i chęci pomocy, po ukrytą i jawną nienawiść. Natomiast, to jak postacie, które do tej pory uważaliśmy za dobre, okazywały się wrednymi padalcami było przykre nie tylko dla głównych bohaterów. Chociaż przyznaję, że zachowania bywały przesadzone. Przy okazji, chcę podkreślić, że nie mam problemu z innym kolorem skóry czy wszelkimi odłamami LGBT. Możecie mi wierzyć, że po śmierci wszystkie kości wyglądają tak samo.
Nie była to łatwa przeprawa. Na książce nie ma ostrzeżenia, że dotyczy trudnych tematów, ale może to i dobrze. Raczej nie lubimy poruszać takich tematów, ale kiedy jesteśmy w połowie powieści, wtedy jest za późno, żeby się cofnąć. A problem, jak widać, cały czas istnieje (niestety).
P.S. Jednak jest ostrzeżenie, i to na samej okładce. Generalnie trudno nie zauważyć. Taaa…
