Recenzja „Dwa światy” Jennifer L. Armentrout
Alexandria, zwana przez wszystkich Alex, z ledwością przeżyła starcie z Daimonem. Jej matkę zamordowały te potwory, a Alex próbuje wszystkiego, żeby im uciec. Znajduje ją Aiden, protektor z Przymierza. Razem wracają na wyspę, skąd 3 lata wcześniej zabrała ją matka. Żeby nie zostać niewolnicą, Alex musi nadrobić stracony czas w szkole i nie wpaść w kłopoty, z czego była znana przed wyjazdem. Tymczasem, uczucie, którym darzy Aidena wcale nie pomaga…
Alex to lekkomyślna, impulsywna i buńczuczna nastolatka. Nie ma autorytetu i biłaby się z każdą napotkaną osobą, która tylko źle na nią spojrzała. Jednocześnie, nie może dojść do siebie po śmierci matki, kolejne wydarzenia piętrzą się i potęgują jej załamanie, które często przechodzi w agresję.
To jest szybka książka. Ma niecałe 400 stron, ale sprawia wrażenie dużo krótszej. Autorka nie rozwodzi się nad fabułą, przez co nawet w spokojnych momentach dużo się dzieje. Akcja zwalnia na kilka stron, po to żeby przez resztę rozdziału gnać na łeb na szyję.
Miło było wrócić do pierwszoosobowej narracji. Poczuć się nieco bardziej związanym z bohaterem przez końcówki zrobiłam/-em. Z drugiej strony zabrakło mi opisów i większej emocjonalności. Nie było czasu, żeby zastanowić się co dalej, tylko już Alex gnała z podjętą decyzją. Cała historia mogła być dużo lepsza, gdyby ją nieco zwolnić i rozszerzyć.
