Recenzja „Nie ma tego złego” Marcina Mortki

Plan był beznadziejny. Kociołek wraz z drużyną właśnie wrócili do domu. Za sobą mieli udaną akcję, a przed sobą, pracę wokół karczmy i wściekłą małżonkę. Jak udobruchać martwiącą się kobietę? Wystarczy wybrać się do swojego władcy i zażądać bezpieczeństwa dla swojej rodziny w zamian za… Coś się jeszcze wymyśli. Co się może nie udać?

Mamy tu opowieść o bandzie sześciu chłopa, która ma więcej szczęścia niż rozumu, cięty język i całkiem niezłą historię do opowiedzenia. Coś w style średniowiecznego Kac Vegas, ale bez urwanego filmu. Drużyna miała wyruszyć na ostatnią misję (chociaż wiedział o tym tylko Kociołek), ale wyprawa nieco się przedłużyła i zboczyła na…

W każdym razie czytało się bardzo dobrze., może czasami humor stawał się męczący, ale w gruncie rzeczy, nie mam zastrzeżeń. Bohaterowie dobrze przedstawieni, każdy z innej trumny i to, aż dziwne, że cokolwiek ich łączyło. Mam na myśli, ile rzeczy mogą mieć wspólnego kucharz wojskowy/karczmarz, świątobliwy rycerz, stary guślarz, pijak krasnolud, plujący gnom i elf psychopata? Trudno doszukać się podobieństwa.

Inną kwestią jest to, że nie przepadam za polską fantastyką. Polskie imiona i miasta odbierają cały urok opowieści i całość staje się bardziej przyziemna (oczywiście, znajdzie się kilka wyjątków). Tutaj nie przeszkadzały mi mało orientalne nazwy, autor postawił na prostotę, co jest jak najbardziej na plus.

Książka Nie ma tego złego leży na panelach, a zła ośmiornica na nią wchodzi