Recenzja „Niech żyje zło” Sarah Rees Brennan
Dla Rae nie ma już nadziei. Jest śmiertelnie chora, jej domem jest szpital, a jedynym wsparciem – młodsza siostra. Jedyną pociechą jest jej ulubiona seria książek pod tytułem „Czas żelaza”. Niespodziewanie, Rae dostaje szansę – jeśli uda jej zdobyć kwiat życia i śmierci w krainie z jej ukochanych książek, zostanie uleczona w prawdziwym życiu. Dziewczyna przyjmuje ciało Lady Raheli – antagonistki, która akurat następnego dnia ma być uśmiercona…
Słowo „złoczyńczynia” można było sobie darować. Zdaję sobie sprawę, że wśród żywych panuje teraz moda na żeńskie odpowiedniki, ale bez przesady. Złoczyńczyni to, złoczyńczyni tamto. Brzmi nienaturalnie, a fragment „czyńczy” kojarzy mi się z marką wina musującego. To takie moje skromne, martwe zdanie. Do rzeczy.
Rae to ciekawa postać. Na własnych zasadach próbuje zdobyć szczęśliwe zakończenie, które nie jest jej dane ani w jednym ani w drugim życiu. Mówi, że jest zła, ale zazwyczaj zachowuje się dobra postać, a to, z kolei, dziwi jej towarzyszy. Brakowało mi większego wgryzienia się w bohaterkę,w ogóle w cały świat. Akcja gnała przed siebie, tymczasem brakowało momentu zatrzymania się i pofilozofowania, czyli czegoś co fantastyka lubi najbardziej.
Poza tym bardzo podoba mi się konwencja. Pokazanie, żeby bycie złym to świetna zabawa, wyśmiewanie dobra było śmieszne, a na dodatek, na tym polu powstał cudowny plot twist i to jeszcze nie jeden. Na deser dochodzi zderzenie opowieści jaką zna Rae, z tą jaką sama tworzy, co jest wisienką na torcie cudowności. Sarah Rees Brennan stworzyła historię, głównie po to, żeby przejechać ją buldożerem, ale zakończenie, które z tego powstało, to arcydzieło.
Zmierzając do końca, książka będzie bardzo dobra dla zwolenników akcji i nie zagłębiania się w szczegóły. Rae bywa irytująca i chaotyczna, jak sama powieść, przez co naprawdę uważam, że nie zaszkodziłoby trochę zwolnić, jednak historia wszystko rekompensuje.
P.S. A przepraszam, nie wszystko. Ktokolwiek odpowiadał za korektę, spartaczył na całej linii. Niemiłosiernie dużo literówek i błędów ortograficznych.
