Recenzja „Rycerze pożyczonego mroku” Dave Rudden

Denizen Hardwick wychował się w sierocińcu. Razem z przyjacielem Simonem od małego wspierają się w tym smutnym miejscu, bez historii i bez perspektyw. Pewnego dnia, do sierocińca przychodzi list z informacją, że ciotka Denizena chce się z nim spotkać. To wywraca do góry nogami świat nastolatka. Mężczyzna, który po niego przyjeżdża jest dziwny, ale nie tak bardzo jak stwór, który ich atakuje i miecz, ukryty w zbyt małej walizce…

Denizen to ciekawa postać. Natolatek, który ma 28 zmarszczeń twarzy, a każdy z nich ma swój opis. Kiedy pojawia się wiadomość o ciotce, Denizen nie cieszy się, nie układa sobie z nią życia w marzeniach, wręcz przeciwnie. Jest zdezorientowany, przestraszony zmianą i opuszczeniem przyjaciela.

Ludzie, którzy mieszkają w Dworze Serafinów to zbieranina osobistości. Od ciekawskiej Abigail, wszechwiedzącej Darcy, po przyjacielskiego Szarego, na zamkniętej i oschłej Vivian kończąc. Nikt nie wie co się stało z rodzicami Denizena, oprócz Vivian, która nie zamierza niczego powiedzieć. Nikt nie chce powiedzieć więcej na temat tajemniczych stworów, które próbowały zabić Denizena, dopóki ten nie zdecyduje się zostać Rycerzem. A odpowiedzi na te pytanie bywają zaskakujące.

To jest dobra, młodzieżowa książka. Dylematy między rodziną, a przyjacielem, dobrem, a złem, powinnością, a chęcią ucieczki. A przy okazji, walka z ciemnością i ratowanie świata to zawsze jest w modzie. W sumie, zaskoczeń było kilka, ale chyba najbardziej niespodziewana była Vivian, która okazała się…

Książka „Rycerze pożyczonego mroku”