Recenzja „Sanktuarium” Sarah Fine
Zastanawialiście się kiedyś, gdzie trafiają samobójcy po śmierci? W tej historii istnieje dla nich osobne piekło, z którego Lela już raz uciekła. Pierwszy raz w życiu ma nadzieję i plany na przyszłość, tymczasem osoba, która pomogła jej to zdobyć, postanawia odebrać sobie życie. Lela jest zdeterminowana, żeby odwdzięczyć się przyjaciółce i wysłać ją do raju. Nie przeszkodzą jej w tym ani upiorne Mazikiny, które chcą przejąć jej ciało ani strażnicy miasta, a zwłaszcza jeden, ich dowódca…
To smutna książka, tyle samo odbiera nadziei ile jej daje, na życie, na śmierć i na to co dalej. Ogromne miasto wypełnione duszami samobójców to przykra i przerażająca wizja zaświatów (o wiele lepiej jest siedzieć w krypcie pełnej książek). W takim miejscu ląduje główna bohaterka, pewna, że znajdzie konkretną duszę i ją stamtąd zabierze.
Lela jest interesującą postacią. Z jednej strony, niesamowicie skrzywdzona, nieufna i zamknięta, a z drugiej (ale to się później okaże) spragniona bliskości, relacji. Sposób myślenia, priorytety nie były wydumane, Sarah Fine doskonale opisała walkę Leli, samej ze sobą, gdzie ścierały się teraźniejszość i przeszłość, doświadczenie i zdarzenie, lęk i nadzieja.
To jest też trudna książka. Czyta się ją lekko i szybko, ale to nie zmienia wagi poruszanych tematów. Jest to dobry powód do kontemplacji nad własnym życiem, zauważenia społecznych tendencji, a w końcu, podjęcia próby jakiejś zmiany. Bo jak udowadnia ta historia, w każdej chwili może być za późno, a wątpię, żeby niejaki Sędzia mógł cudownie…
