Recenzja „Wyścig do słońca”

Nizhoni zawsze chciała w czymś zabłysnąć. Nie wyszło jej z zostaniem gwiazdą internetu, mogła zostać gwiazdą koszykówki, ale dostała piłką w nos. Dlatego, kiedy dostaje szansę na zostanie bohaterką, Nizhoni nie zamierza dać się dwa razy prosić. Zresztą trudno nie ratować świata, kiedy okazuję się, że twój brat może kontrolować wodę, ty widzisz potwory, a twój tata został porwany przez jednego z nich. Nizhoni wyrusza w podróż z przyjacielem, bratem oraz frynosomą – przewodnikiem na ratunek światu, a jak się też okaże, samej sobie.

Na razie uważam to za najsłabszą część cyklu „Rick Riordan przedstawia”. Nizhoni chciała coś osiągnąć i nie ma się co dziwić, jej tata niewiele zwracał uwagi na swoje dzieci. Kwintesencją jest spotkanie z szefem – potworem, który zwraca uwagę na jej zakrwawiony nos i podbite oko jej brata, a ich własny ojciec nie zauważył tego przez całą jazdę samochodem.

Może problem jest w historii, która była dosyć zwięzła. Niewiele było rozwinięcia mitologii rdzennych amerykanów. Jedynie kilku bohaterów, co w sumie było rozczarowujące, bo nie mam o tej mitologii martwego pojęcia. Sama opowieść była strasznie szybka. Niewiele było momentów na zatrzymanie się i zastanowienie, a szkoda. To by mogło nieść większą emocjonalność, głębię, której po prostu zabrakło.

Cała książka jest poprawna, ale nic więcej. Nie zostaje w pamięci do tego stopnia, że pisząc to kilka dni później, trudno było mi przypomnieć sobie jej tytuł. Czy polecam? Jak macie trochę wolnego czasu to proponuję te wcześniej zrecenzowane książki.

Książka Wyścig do słońca leży pod kątem