Ile ty masz ... ?
Porozmawiajmy sobie, kiedy jest za dużo. Na pewno zdarzało wam się zaprosić znajomych do domu i już na progu usłyszeć pytanie: “ile ty masz…?”. W moim przypadku dotyczyło to książek. Z dumą wtedy odpowiadałam, że to jeszcze nic, co spotykało się z uniesionymi brwiami lub westchnięciem. Zawsze mnie to denerwowało, bo gdy ja wpadałam do kogoś z wizytą, to nie oceniałam jego/jej kolekcji ubrań, leków czy brudnych naczyń w zlewie. W porządku, nie moja sprawa. Ale skoro byli tak zdziwieni ilością książek na półkach, to dobrze, że nie pokazałam im zawartości moich szafek, albo co gorsza, piwnicy. Oj tak, tam to się zaczyna składzik wszelkich rozmaitości, zarówno tych istniejących, jak i tych niekoniecznie.
Ostatnio, chciałam sobie obejrzeć całą serię “Gwiezdnych Wojen”, a jako, że byłam święcie przekonana, że ją posiadam, to rzucałam się w wir poszukiwań zaginionych płyt. Tak oto trafiłam do piwnicy, mojej ostatniej nadziei, w większości wypełnionej pudłami, o zawartości bliżej nieustalonej, (a pomyślcie sobie, że mam jeszcze jedną piwnicę, w której chyba jeszcze nigdy nie byłam, tam to dopiero muszą być skarby). W końcu dotarłam do pudła z napisem “płyty”. I pełna rozczarowania, wróciłam do domu, bo pudło zawierało chyba wszystkie możliwe hity filmowe, oprócz “Gwiezdnych Wojen” (swoją drogą, dobrze wiedzieć jakie mamy filmy). Jednak najlepsze czekało na mnie w domu, gdyż po opisaniu sytuacji rodzicom, mój tata powiedział, że on też był przekonany, iż posiadamy te płyty, natomiast moja mama stwierdziła, że od początku nam powtarzała, że nigdy ich nie mieliśmy. Na razie sprawa się nie rozwiązała, ale przekonanie taty daje nadzieję, że te płyty gdzieś są.
Spis rzeczy, a może ograniczenie?
To skłoniło mnie do pewnej refleksji na ten temat. Mamy tyle rzeczy, o których sami nie wiemy. Mój tata od miesięcy próbuje mnie nakłonić do zrobienia listy książek, które mamy, aby nie kupował tych samych egzemplarzy (co już kilkukrotnie mu się zdarzyło), na co odpowiadam mu, że jeszcze wiem jakie książki posiadam. Po pierwsze „jeszcze” to słowo klucz. Po drugie, ta pamięć dotyczy tylko książek. Także zrobienie listy wszystkich posiadanych rzeczy miałoby sens, ale chyba zgodzicie się ze mną, że to nie byłaby robota na jeden wieczór. Opisanie całego dobytku to zabawa na długie miesiące, a przecież jego stan cały czas się zmienia. Wniosek: ograniczyć ilość rzeczy. Chciałam dodać, że do niezbędnego minimum, ale wasze oburzenie kazało mi zakończyć wcześniej (całkowicie się z wami zgadzam).
Teraz jest taka moda, żeby wyrzucać ubrania, których się nie nosiło przez rok. Zgodzę się, że trzymanie spodni w rozmiarze S i wmawianie sobie, że się schudnie do nich jest nadmiernym optymizmem (chociaż na pewno komuś się udało). Ale co z rzeczami, o których nie wiemy? Które czekają na zreperowanie lub były prezentem od cioci Krysi z Poznania? Czy naprawdę mam wyrzucać wszystkie rzeczy, w których z jakiegokolwiek powodu nie byłam przez ostatni rok? Słowo daję, że jeśli ta moda przejdzie na cały dobytek, to połowa ludzi będzie na podłodze, pośród gołych ścian. I w imię czego?
Po co nam te rzeczy?
Tutaj dochodzimy do kolejnej ciekawej kwestii, mianowicie, skoro jesteśmy wstanie tyle rzeczy wyrzucić to znaczy, że nie są nam one potrzebne. A skoro nie są nam one potrzebne, to po co właściwie zostały kupione? Najczęstszą odpowiedzią jest promocja i ja to całkowicie rozumiem. Sama często kupuję na promocjach, ale nie wychodzę ze sklepu z 20 długopisami, 6 paczkami parówek i 12 mydełkami (za to podczas promocji wody, kupuję około 40 zgrzewek. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że w mojej rodzinie naprawdę dużo się pije oraz to, że ciężko przegapić prawie 250 butelek wody w garażu). Pewnie teraz się zastanawiacie co mi stoi na przeszkodzie w kupieniu tych długopisów i mydełek. Przecież one nie mają daty ważności. Otóż, moi drodzy, odpowiedź jest bardzo prosta.
Kiedy chodziłam do liceum, używałam długopisu na prawie wszystkich zajęciach, pisałam bardzo dużo, a jednak tuszu starczało mi na cały semestr. Obecnie, przez cały tydzień piszę około 1,5 – 2 stron A4. Innymi słowy, te 20 długopisów starczyłoby mi na pół życia, jeśli nie na całe, przy odpowiednim gospodarowaniu. Dodatkowo, przy robieniu porządków, zmieniłabym ich miejsce, o czym później bym zapomniała i przy najbliższej okazji, kupiłabym następne 20 długopisów. Następnie, według wszelkich praw złośliwości losu, znalazłabym te stare 20 długopisów i ostatecznie, miałabym ich 40, a wiem, że tak by było, bo dokładnie tak miałam, tylko z okładkami do zeszytów. Ktoś zapyta: “to po co robiłam ten porządek?”. A no po to, aby znaleźć te poprzednio zgubione rzeczy. Taki krąg życia jak w “Królu Lwie”.
Więc kiedy jest za dużo?
Wiem, jak to wszystko brzmi, ale ja wcale nie potępiam takiego zbieractwa. Sama tak robię, moje szafki wypełniają setki przydasiów, których z różnych względów nie zamierzam się pozbywać. Uwielbiam wchodzić do pokoju, który jest właśnie tak zapełniony. Ale patrząc na to z boku, to jest zupełnie bezsensu. Mamy tyle rzeczy w domu, które zostały pod pretekstem, że się jeszcze przydadzą, a kiedy mogłyby być użyteczne to albo nie możemy ich znaleźć albo nie mamy ich pod ręką. Jak z torebką prawdziwej kobiety. Jest duża i ciężka, a znalezienie w niej potrzebnej rzeczy graniczy z cudem. Z drugiej strony, chyba nikt mi nie powie, że nie ucieszył się ze znalezienia cukierka w kurtce zimowej z poprzedniego sezonu.
Więc czy to źle, że tak wszystko przechowujemy? Według mnie, nie. Ostatecznie, coś musimy robić przez te średnio 80 lat życia. Wyobrażacie sobie, mieszkać w domu, w którym wszystko jest w jednej, maksymalnie dwóch sztukach? Mało wykonalne. W dużej ilości rzeczy czujemy się bezpieczniej. Jakby ktoś chciał was skrzywdzić, to możecie mu krzyknąć: “Nie zabijaj mnie. Lepiej weź te 3 komputery, 5 telewizorów i 7 drukarek”. Ale tak na poważnie, tak jak jeże zakopują się w stercie liści, tak ludzi otaczają się przedmiotami. Dlatego pytam, kiedy jest za dużo? Moim zdanie, kiedy zbierzecie wszystkie swoje długopisy w jednym pomieszczeniu i nie będziecie mogli z niego wyjść. Wtedy będzie za dużo.
