Dedykacja

Cała ta historia, chociaż nie jest prawdą,

w każdym swoim wersie, niesie jakieś ziarno.

Niech je głos rozsieje, plon zaś rośnie duży,

żeby mógł podołać, rozpętanej burzy.

Utwór, szkic i wizję, bowiem dedykuję,

mej matuli drogiej, która wciąż powiada,

że jak przestanie palić, to będzie koniec świata.

Wstęp

Wydawać by się mogło, że ludzie pragną życia,

w dostatku i pokoju, szczęśliwego gnicia.

A jednak wciąż się trują, palą, ćpią i piją,

z życiem ani śmiercią nie liczą się niczyją.

Przykładem być tu może Colin Postrawiński,

obywatel świata, każdej duszy bliski,

który rzewnie płacząc nad ojcowskim grobem,

zaczął jak smok palić, by doń dołączyć potem.

Trzeba chłopcu przyznać, łatwo w życiu nie miał,

ojciec do dom wracał równo co niedziela. 

Wypełniał izdebkę tytoniową chmurą

i na tydzień znikał w sklepiku pod dziurą.

Matka, zaś jak rzeczą, osiedlowe kwoki,

wolała mieszczucha, uciekła bez zwłoki,

zostawiając syna na wsi u rodziny,

lecz go nie odwiedza nawet w imieniny.

I tak Colin musiał sam się wychowywać,

wyrósł na złodzieja, w więzieniu przebywał.

Stał się starym dziadem, jeszcze w wieku kwiecie,

a co było dalej, za nic nie zgadniecie.

Razu było to pewnego, gdy wypalił paczkę,

okazało się listownie, że ma jedynaczkę.

I zrządzeniem złego losu, rodzinę straciła,

niechaj córkę wnet przygarnie, babka jej Maryla.

Colin stoi przerażony, myśli: „niemożliwe,

przecież ja nie miałem żony, romans był i tyle,

nic nie miało z tego powstać, a tu niespodzianka,

gdyby wiedział, stałby murem, a tu jest jak matka.

Co tu robić? Co tu robić? Sześć lat ma dziewczynka.

Czy to nie za późno robić ojca z Collinka?

Nie, no może, trudno”, rzecze, „ojciec mój zawalił,

lecz jam nie jest swoim ojcem, ja nie będę palił.

Chociaż tyle zrobić mogę dla tej biedaczyny,

świat naprawię, rzęsy nagnę dla tej mej dziewczyny.”

Dzień 1

Już nazajutrz umówione Colin ma spotkanie

z terapeutą świata klasy, by skończyć palanie.

W szafie znalazł stary surdut, lecz się nie zapina,

na dnie leży para butów, jeden cały z wina.

Chciał się Collin lepiej ubrać, tak bardziej dostojnie,

a tymczasem wygląd mówi, że był gdzieś na wojnie.

Stary, brudny, cały w łatach, prawie jak bezdomny,

na ulicy mu dawali nawet po pięć złoty,

lecz on grzecznie odmawiając, powtarzał każdemu.

że to strój jest jego dziadka, nie taki ze sklepu.

Dziadek, Polak, lampka duszy, w wojnach walczył obu,

w tym surducie wolność wygrał dla swego narodu.

I tak w końcu dotarł Colin do swojego celu,

usiadł z tyłu poczekalni, na małym krzesełku.

Jednak wciąż nie może znaleźć sobie miejsca,

wierci, kręci, nagle wstaje, czasem zmienia krzesła.

Bardzo mu się poci czoło, ręce drżą straszliwie,

więc wybiega, krzyczy w koło: „nie, to niemożliwe,

nie da się zaprzestać palić, nawet jedną chwilę,

to jak z diabłem pakt, cyrograf, jest na całe życie.

Muszę dymem się zaciągnąć, uspokoić ciało,

później pójdę, dam się zbadać i mu powiem „ciao”.

Wybacz, córko ma najdroższa, wiedz, że próbowałem,

lecz nie mogę zniszczyć paktu, znów przegrałem z diabłem.”

Pierwszy pet wypalił szybko, jeszcze trzy zniknęły,

wrócił pod gabinet, usiadł, spokojny i pewny.

W końcu przyszła jego kolei, doktor go zaprosił,

był to człowiek po czterdziestce, brodę krótką nosił,

jasny sweter, okulary, nazwał się Stephenem.

Doktor nauk, nie mężaty, zrobił przedstawienie:

„jak Colina zmieni życie, lepiej tylko będzie,

Colin wnet rzuci palenie i na prostą wejdzie.

Lecz warunków będzie kilka, są obowiązkowe,

jeśli z czymś pan się nie zgodzi, zerwe tę umowę.

Pierwszym, słowo terapeuty teraz będzie święte,

nawet głupie, nawet śmieszne, ma być ogarnięte.

Drugim będzie zaufanie, wszystko jakiś sens ma,

nawet jeśli go nie znajdziesz, warta świeczki jest ta gra.

Trzecim i ostatnim będzie tajemnicy zachowanie,

nikt nie dowie się o naszym terapeutycznym planie.”

Stephen papier pokazuje, to umowa, pakt, cyrograf,

Colin szybko podpisuje, niechaj wygra ślepy traf.

Terapeuty sam nie wybrał, sam na progu się pojawił,

na ulotce, raz w gazecie, z polecenia w końcu trafił.

Jak inaczej to pojmować niż jak losu ingerencję,

tak się strudził by przekonać, a więc Colin przyjmie lekcję.

„Na dziś jedno ma zadanie”, ciągnie Stephen bez przystanku,

„wiesz gdzie bank ma swą siedzibę, więc się pokręć koło banku,

odwiedź drugie tylne wejście, ilu mają ochroniarzy,

ile ludzi wchodzi rano, ile jest popołudniarzy,

a gdy matka z dzieckiem wejdą, wypal ile malców będzie.

Nic nie pytaj, ja wiem swoje, to ci na psychikę wejdzie,

także, jutro się widzimy o tej samej naszej porze.”

Podał rękę, wyprowadził i już Colin był na dworze.

Sam nie wiedział co ma sądzić, dziwne było to spotkanie.

„Po co w banku liczyć ludzi? Jaki związek miał z palaniem?”

Myśli Colin, wciąż marudzi, nagle ramionami wzrusza.

„W sumie co ma do stracenia? Tylko jego słaba dusza

leży z jednej strony szali, z drugiej żal, rozgoryczenie,

córki łzy, sumienie brudne, niech to diabli, ma zlecenie.”

Biegnie, leci, na skraj miasta, tam gdzie bank ma swą siedzibę,

rzęży, dyszy, prawie mdleje, gdyby na sport miał choć chwilę…

Ależ miał, lecz wolał inne prozdrowotne dla doń sztuki:

kilka fajek, nawet paczek, teraz ma w kondycji luki.

Znalazł Colin sobie ławkę, obserwuje, liczy skrzętnie.

Ile widzi z dziećmi matek, za każdego pali chętnie.

„W sumie to niezła terapia”, myśli sobie za czas jakiś,

całe życie tak by spędził, nie musiałby się już martwić.

Ale w środku coś go gnębi, kolejnego gasi peta,

do śmietnika wrzuca obok, tam już cała tego sterta.

Ten ostatni się nie mieści i pod nogi znów mu spada.

„Czyżby to był znak od losu, że go jego czas dopada?

Że jak palić nie przestanie, to jak kosz tak samo skończy,

przepełniony ponad miarę, dla nikogo nie znaczący.

Co zrobiłeś mi doktorze, że anielski słyszę podszept?

Może wypleniłeś diabła? Może sobie wziął i poszedł?”

Dzień 2

W środku nocy dzwoni dzwonek, ekran blaskiem cień rozprasza.

Colin budzi się, nietomny, szuka, aż w końcu się zgłasza:

„Kimże jesteś maro wstrętna? Zadzwoń rano”, mruczy sobie

Colin, „szybko, czas ucieka, jutro będzie już po tobie.

Pod gabinet prędko zdążaj, tam się wszyscy spotykamy,

daję kwadrans, ni minuty, więcej czasu ci nie damy.”

Stephen zerwał połączenie, Colin leży, nie rozumie.

„Co się dzieje? Czemu w nocy? I dlaczego ma być w grupie?”

W końcu wstaje, spodnie wkłada, czesze włosy, bo wypada.

Już wychodzi, drzwi zamyka, nagle wraca: „fajki”, wzdycha.

Samochodem w kilka minut, bryka pod gabinet wjeżdża,

tam już Stephen z kolegami, widać, że się facet spręża.

Biega wokół furgonetki, jakieś torby do niej wkłada,

obok jego dwóch kompanów, papierosy sobie pala.

Colin wolno doń podchodzi: „co się dzieje, terapeuto?”

Nagle pada, jest przytomny, tylko dziwnie macha ręką:

„Ja wiedziałem, tak coś czułem, odejdź diable, Lucyferze.

Zabierz z sobą te demony, zostaw mnie w tej ziemskiej sferze,

chcę od ciebie się uwolnić, już anielskie słyszę szepty…”

„Zamilcz, głupcze, bo nas wydasz, wtedy psy się zlecą, tępy”.

Diabeł nagle twarz swą ściąga, toż to maska tylko była,

pod nią twarz Stephena gości i w grymasie się wykrzywia.

„Zwariowałeś? Mózg odjęło? Przecież palić ci kazałem,

Czyżby zbytek nikotyny nie zadziałał tak jak chciałem?

Zapomnijmy o tej sprawie, wszakże czasu dużo nie ma.

Chodź, przedstawię cię wspólnikom, to jest Szatan, to Mastema.”

Tamci też podnieśli maski, chociaż dużo to nie dało.

Colin dalej widzi diabły, pyta cicho i nieśmiało:

„Co właściwie mamy robić? Czy ja też maskę dostanę?”

„W swoim czasie. Maskę? Po co? Ty na czatach tylko staniesz,

jak zobaczysz, że kto idzie, dajesz sygnał, już nas nie ma.

Spróbuj tylko nas wystawić, już my znamy kogo trzeba,

zmienię twoje życie w piekło, a palenie będzie pestką.

Wszędzie cię wytropię, znajdę, choć byś schował się pod miedzą,

skoro to już ustalone, wsiadaj, bo robota nagli.

Wszyscy siedzą? Można palić, tylko przedtem pasy zapnij.”

Colin rzuca się po fajki, przez przypadek dwie zapala.

Czemu dalej jest nerwowy? Czemu go to nie wyzwala?

Pali dalej, raz za razem, aż tu nagle paczka pusta,

z tyłu tyrpie go Mastema: „fajki to żadna rozpusta”,

i wyciąga swoją paczkę, nową, z mięta, z wielbłądami.

„Weź se więcej, dziś częstuję, tak się robi z kolegami.”

„Nie, dziękuję” mówi Colin i do przodu się odwraca,

palić swoje, jedna sprawa, wziąć od diabła co zatraca?

Nie jest tak źle, dojeżdżają, zaraz się wyjaśni wszystko,

zrobi co ma do zrobienia, później zmieni swe nazwisko,

weźmie córkę, kupi domek, gdzieś po drugiej stronie świata,

tam go żaden zbir nie znajdzie, będzie ojcem co wymiata.

Zatem może sytuacja, będzie miała dobre strony,

Stephen wpakował go w kłopot, lecz wyciągnął go też z nory

„Już jesteśmy” krzyczy Stephen i wysiada z samochodu.

„I pamiętaj co mówiłem, spróbuj tylko dać stąd chodu.”

Colin patrzy na doktora i jak w wojsku salutuje.

„Ja też plany mam na życie, w pierdlu byłem, podziękuję.”

Banda znikła w środku banku, Colin sam jest w furgonetce,

zmienił miejsce na kierowcy, dymka by zapalił wielce.

Słyszy jak wielbłądy z tyłu po imieniu go wołają:

„weź nas, dmuchaj, wypal wreszcie, demony o nas nie dbają.”

Colin wierci się i stęka, do krwi obgryzł już paznokcie.

„Jak się oprzeć tej pokusie, skoro woła tak donośnie?”

Wyobraża sobie córkę, dla niej wszak jest ta męczarnia,

choć w agonii, trudno stwierdzić czy jest warta ta dzieciarnia.

Już nie może, wola puszcza, Colin rzuca się po paczkę,

bierze peta i zapala, po co wzbraniał tak jadaczkę?

Słodycz w ustach się rozchodzi, tak jak dym płuca otula,

naraz w gorycz się zamienia, będzie jak jego tatula.

Nałóg ważniejszy od dziecka, dziecko jakoś se poradzi,

a papieros duszy nie ma, trudno będzie mu se radzić.

Może spali tę paczuszkę i następne jakie spotka,

jak nie będzie miał co palić, problem będzie niczym płotka.

„Eureka, doskonale, jakże prosty, jak genialny,

to rozwiąże cały problem, a jest tak uniwersalny.”

Paczka w jednej ręce czeka, w drugiej zapalniczki ogień,

niech się skończy to grzeszenie poprzez ten niebiański płomień.

Wtem zamiera Colin, oczy ma otwarte z przerażenia,

chowa zapalniczki ogień, choć to niczego nie zmienia,

bo do banku wchodzi grupa, trzech lub czterech włamywaczy,

małe skrzynki, duże worki, każdą maskę królik znaczy.

Światło musieli zobaczyć, lecz się nie zbliżali wcale,

to nie Stephen, to nie diabły, to są chyba ich rywale.

Jakże jest prawdopodobne, by złodzieje się spotkali,

jednej nocy, w jednym banku i łup sobie wyrywali?

„Mniej niż zero, a więc właśnie, coś dziwnego tu się dzieje,

terapeuta bank napada, gdzie tu związek jest z paleniem?

Z drugiej strony, ja bój toczę, oni tylko statystami,

może plan jest dużo większy niż się przed mną teraz jawi?

Może świat jest tylko sceną, czyż tak Grecy nie myśleli?

A historia ma dno drugie, tego mi nie powiedzieli.

Jeszcze, ah, już biegną diabły, jakby w piekle się paliło.”

„Jeźdźże ciole” krzyczy Stephen, „mamy z tyłu towarzystwo.”

„Dokąd?”, „Jedź, ja drogę wskażę, czemu sygnału nie dałeś?”

„Ja myślałem…”, „A to dobrze, telepatą więc zostałeś,

tutaj w lewo, muszę przyznać, byłem pewny, że odjedziesz.

Brawo Colin, zwracam honor, pies uważaj, patrz jak jedziesz.”

Nagle z tyłu jęk straszliwy, jakby jagnię zażynano.

„Gdzie są moje wielbłądziki, ty zdradziecki… gadaj śmiało.”

„Już Mastema, ma być spokój, tutaj leży paczka cała,

z zapalniczką… Co ty Colin? Chciałeś spłonąć w środku auta?

Jestem twoim terapeutą, mnie możesz powiedzieć wszystko.”

„To cudownie, dobrze wiedzieć, mam tu wjechać na śmietnisko?”

I tak w czterech wyszli z auta, terapeuta podejrzany,

szatan co to mało gada i Mastema rozwścieczany,

a na końcu ludzkie dziecię, Colin w strachu nie na żarty,

no bo po co na śmietnisko przyjeżdżają te trzy diabły?

Znikąd się pojawia dzieciak, chudy rosły nastolatek,

ciemne włosy i tatuaż, to kolejny jest gagatek.

„Cześć diabliki, co tam u was? Czyżby było przedstawienie?”

„Witaj Onyx, dobrze znasz mnie, mamy sprawy omówienie,

przy okazji, to jest Colin, pacjent od uzależnienia,

a to Onyx, niezły nicpoń, syn twój, lecz to bez znaczenia…”

Colin pada twarzą w ziemię, zemdlał biedny chłopaczyna,

nie dość, że ma małą córkę, to ma też dużego syna.

Dzień 3

„Gdzie ja jestem?” pyta Colin, w końcu budzi się z letargu.

„Czy to koszmar był straszliwy? Coś pamięta o zatargu,

córka, syn i na bank napad, cóż za ulga, snem to było.

Żegnaj odpowiedzialności, wciągnąć pet by było miło.”

„Colin, żyjesz, co za ulga, martwiliśmy się o ciebie.”

Stephen wchodzi do pokoju i po plecach gościa klepie,

za nim Szatan i Mastema, gdzieś tam z tyłu Onyx krąży.

Colin pada znów na łóżko: „może umrzeć jeszcze zdąży,

wszak nie może to być prawda, to nie mogło się wydarzyć,

 z córką zdążył się pogodzić, ale syna mieć i zdradzić?

„Chodź tu Onyx, wybacz ojcu, jam nie wiedział nic o tobie,

daj mi tylko drugą szansę, zaraz wszystko w mig nadrobię.”

Chłopak oczy ma na wierzchu, i wybucha gorzkim śmiechem.

„Trzeba mu wyjaśnić, Stephen, to jest nieporozumieniem.”

„Dobrze prawisz, Colin, druhu, Onyx nie jest twoim synem,

to jest tylko część terapii, abyś zmierzył się z swym dziełem.

Jakie będzie miała żale, twoja córka gdy dorośnie?

Onyx wszystkie ci przedstawi, trochę tobą to potrząśnie,

wszak nasz chłopak potrzebuje, kogoś komu się wygada,

kogo będzie mógł obwinić za niesprawiedliwość świata.

Tyś rodzicem co opuścił, on jest dzieckiem opuszczonym.

Wierzę, że wzajemna pomoc będzie darem niezmierzonym.”

Colin nie wie co powiedzieć, oczy wielkie ma jak spodki,

tylko palić miał zaprzestać, Stephen podjął większe środki.

Jak o córce się dowiedział, nic nie mówił na terapii,

czyżby jednak miał znajomość gdzie mieszkają wszyscy diabli?

„Co się stało dzisiaj w nocy?”, „Dzisiaj? Chyba wczoraj myślisz,

spałeś przeszło dobę całą, jeszcze nie raz się nadziwisz.

Ominęła cię zabawa, popatrz jaki łup tu mamy,

jedna torba, druga, piąta, teraz tylko przeczekamy,

aż złodziei, tamtych z banku, znudzi nas poszukiwanie.

Dadzą spokój, to balanga i pieniędzy wydawanie.”

„A policja, media, prasa niezainteresowani?”

„Ależ owszem, ale słabo idzie im z rozwiązaniami.”

Siedzi Colin, je śniadanie pośród swoich towarzyszy,

czy jest diabłem? Czy to ważne? Jest bogaty, to się liczy.

Wznosi toast raz za razem, papierosem je poprawia,

Stephen ciągle mu podaje i zapałką go odpala. 

Więc terapia w cień odchodzi, kiedy mają co świętować,

to od jutra znowu zacznie, będzie nad sobą pracować,

od czasu do czasu trzeba zapomnieć i wyluzować.

Paczek wypalić co miara, stresu trochę zredukować.

Rozstali się po południu, każdy został odwieziony,

torby wezmą trochę później, gdy ucichną w mediach gromy.

Colin już do domu wrócił i nie może wprost uwierzyć,

jak się życie mu zmieniło, kilka godzin, tyle przeżyć.

Obiad z zamrażarki zjada, w ciastkach schowek na fajeczki,

bierze paczkę, lecz odkłada, dosyć już tej sielaneczki,

w sumie nie ma nań ochoty, dziś wypalił jak za tydzień.

Przejdzie się do parku, okna ukazują piękny dzień.

Wyszedł, droga go prowadzi, tam gdzie drzewa rosną wielkie,

kwiaty rosną, kaczki w stawie, dzieci grają w nożną piłkę.

Siadł na ławce, obserwuje, z córką też będzie tu chodzić,

zrobią piknik albo rower, będą się powoli godzić.

Nagle kieszeń mu wibruje, to telefon dzwoni znowu,

jakiś nieznajomy numer, pewnie spam lub coś o zdrowiu.

Mimo tejże niepewności i tak telefon odbiera:

„halo? Kto tam? Nic nie słyszę”, cisza mu minuty zżera,

„Stephen, Onyx, czy to wyście?”, lecz nikt mu nie odpowiada.

„Skoro nie chcesz porozmawiać, kij ci w oko, głupia sprawa.”

Się rozłącza, siedzi dalej, kilka godzin tak mu leci.

Słońce schodzi za horyzont, nigdzie nie ma tamtych dzieci,

park przejmują ludzie starzy, z dala widać ognia błyski.

Wszystko dymem pachnie wokół, Colin jest omdlenia bliski,

zrobił przerwę, czas nadrobić, więc do domu szybko wraca.

Nie zapala światła w kuchni: „gdzie jest pudełko na ciastka?”

Nagle światło się zaświeca, Colin stoi oślepiony.

Gdy przemija pierwsza jasność, widzi syf wręcz niezmierzony,

szafki są pootwierane, rzeczy leżą na podłodzę.

Colin się odwraca wolno, królik stoi mu na drodzę,

spluwę ma wycelowaną prosto w serce bohatera.

„Pokaż ręce”, mówi ostro, „nie wyglądasz na gangstera,

to dlatego łatwo poszło, więc składamy wielkie dzięki,

teraz wolno i przed siebie, bo dostaniesz ostre cięgi.”

Ktoś na głowę wór mu wkłada, inny ręce mu związuje.

„To już koniec, moja strata, gdyż się problem rozwiązuje,

mógł wieść życie palącego, ale więcej się zachciało.

Zginie w jakimś marnym grobie, tyle z niego pozostało,

nawet fajki nie wypalił, kiedyż była ta ostatnia?

Cóż za pomysł był z terapią, tylko wszystko psuje, zmętnia.”

Idą na dwór, auto słychać, tam do środka go wrzucają,

Colin jęczy, wbił się na coś. „Gdzie mnie teraz zabierają?”

„Kto ty jesteś? Co chcesz zrobić?” pyta głosik przerażony.

„Onyx, to ja Colin przecież, jesteś cały, nie zraniony?”

„Ty zdradziecka szumowino”, przerażenie nagle znika,

„miałeś być zastępczym ojcem, a wydajesz mnie, wspólnika.

Miałeś pomóc mnie, ja tobie, a skończymy jak zwierzęta.

Wezmą co chcą, reszta zniknie, to nie ludzkie, to bydlęta.”

„Nigdy w życiu bym nie zdradził, nic nikomu nie mówiłem.”

„Cisza z tyłu ma być, leszcze, już nie takich uciszyłem.”

„To telefon, tylko wtedy wymówiłem twoje imię.”

„Więc przyznajesz się do winy, wiedz, że teraz ciebie winię.”

Onyx rzuca się na oślep, trafia na Colina nogi,

tamten krzyczy z zaskoczenia. „Wyssę z ciebie wszystkie soki,

mówisz żeś nie zdradził nigdy? A co z twą małą córeczką?

Jesteś zdrajcą, pal się w piekle, tyś nałogiem swym, fajeczką.”

Samochód się zatrzymuje, żaden z nich nie zauważa.

„Powiedziałem ma być cisza”, porywacz się im odgraża.

Wali chłopca, potem dziada, obaj nieprzytomni leżą.

Porywacze jadą dalej, któż to wie gdzie ich zawleczą.

Dzień 4

Colin budzi się związany, z bolącymi kośćmi w ciele,

głowa boli nie na żarty, przed sobą nie widzi wiele.

Gdzie nie spojrzy, ściany stoją, mur ceglany i drzwi jedne,

żadnych okien, wentylacji. „W tej piwnicy sczeznę pewnie.”

Nagle doń dociera sprawa, ruszyć się nie może wcale,

ma spętane kostki, ręce. „Jak cudownie, jak wspaniale!

Któż nie marzył o porwaniu i o końcu w zimnej norze?

Cóż on sobie dotąd myślał? Że na starość zmienić może,

długoletnie swe nawyki? Jasne, ależ bardzo proszę.

Masz za swoje, marzycielu, ostatnie wydałeś groszę

szczęścia, teraz karma wraca, niszczy wszystko na swe drodzę.

Było palić, nie mędrkować, teraz w samotności schodzę.”

Jęknął, prychnął i zaszlochał, spadające wciągnął smarki.

„Weź się w garść, przebrzydły zdrajco, jeszcze nie przebrałeś miarki,

lecz za chwilę nie wytrzymam, będę krzyczał, aż przybędą,

wtedy w końcu cię zabiją, skarbu i tak nie zdobędą.”

Cisza jak makiem zasiana, Colin trawi informacje.

„Onyx, co ty? Jam twój wspólnik. Może czas na afirmację.

Może taką? Nie umrzemy! Tylko jak tego dokonać?”

„Nic już nie mów, nie chce słuchać! Jak mój ojciec umiesz motać!

Raz po mojej stronie stoisz, zaraz na przeciwną zmieniasz,

aby znowu do mnie wrócić, nawet nie wiem, kiedy ściemniasz!

Dosyć mam takiego ojca, jeden starczył, aż w nadmiarze.

Miałeś lepszy być od niego, pomyślałem, czas pokaże,

może Stephen się nie myli, może jest na świecie człowiek, 

co gdy źle poczyni, zawiódł, na głowie postawi krwiobieg,

byle tylko wynagrodzić, krzywdy bliźnim wyrządzone.

Ale ze mnie był naiwniak, nadzieje me pogardzone.

Wy, dorośli, tak już macie, myślicie tylko o sobie.

Płacze, jęczysz, drżysz przed śmiercią, o kim myślisz? No, o sobie!

Nie o córce, co zostanie, znowu na tym świecie sama,

nie o chłopcu, z którym miała być terapeutyczna sztama,

lecz o swoim marnym życiu, pewnie peta żałowałeś.

Wiesz co? Zgiń, przepadnij w piekle, do niczego się nadałeś.”

Nie spodziewał się bohater, takiego wywodu z serca, 

znowu na płacz mu się zbiera, nie może odnaleźć miejsca.

Łatwo było rozszyfrować, co tam chodzi mu po głowie,

nagle wzdycha. „Ehh, masz rację, mój wspólniku”, tak odpowie,

„wzorców złych mnie nauczono, trudno nowe posiać ziarno,

wszędzi chwasty, twarda gleba, wszelka myśl umiera marno.

Córka miała być powodem, by na głowie świat postawić,

miałem zmienić swoje życie, miałem dla niej się poprawić.

Miałem zrobić tyle rzeczy, ale wszystko to przepadło,

przez palenie i przez napad, moją przyszłość to ukradło.

Wszystko to jest wasza wina! Uwierzyłem w brednie, bajki,

a tymczasem, kij mi w oko, chyba wolałbym kajdanki.”

Zanim Onyx odpowiedział, drzwi znienacka się otwarły,

weszły dwa króliki z bronią, efekt niezły tym wywarły,

a za nimi wielki gangster, posiwiały, w garniturze,

cały obwieszony złotem, strój skąpany ma w purpurze.

Jego ręka jak dwie ręce przeciętnego są człowieka.

Stanął nad więźniami swymi, przygląda się im i czeka.

Wolnym ruchem, dłonią sięga do kieszeni i wyciąga

zapalniczkę i cygaro, czarny dym do płuc swych wciąga.

„A więc to jest dwóch gagatków, co ukradli moje łupy.

Dziwna para, muszę przyznać, jeszcze chwilę, będą trupy,

ale zanim  to nastąpi, do was obu mam pytania:

pierwsze, gdzie jest mój skarb jest? Drugie, gdzie wspólnicy zamieszania?

Powiedzieć nie zamierzacie? Skoro taka wasza wola,

torturami z was wyciągne, kata będzie moja rola.”

Nad Onyxem się pochyla. „Gdzie mój łup jest? Gadaj, wskaż!”

Dmucha dymem z papierosa i uderza prosto w twarz.

„Zostaw go! To jeszcze dziecko!” nim pomyśli Colin krzyczy.

„Proszę, znalazł się bohater. Ciebie sprawa też się tyczy.

Chcesz mu pomóc, nie ma sprawy, wiesz co trzeba mi powiedzieć,

a tymczasem wezmę chłopca, byś mógł w spokoju posiedzieć

i pomyśleć co ważniejsze, jego życie czy fortuna, 

zanim zechcesz mnie okłamać, wystrychnąć na złego durnia.”

Wyszli, Onyx razem z nimi, cicho nagle się zrobiło.

Zaraz potem słychać krzyki, jakby kogoś mocno bito.

„Obiecałeś dać nam spokój! Zostaw!” Colin gardło zdziera,

coraz głośniej krzyczy, ale wrzask Onyxa nie zamiera.

„Wszystko powiem! Kto i kiedy! Nic przed tobą nie ukryję!

Tylko nie rób więcej krzywdy!” Colin ciągle wyje, wyje.

Nagle huk straszliwy, rumor, krzyki, jęki pył z sufitu,

jakby strzelał ktoś z armaty albo użył dynamitu.

„Co się stało?” myśli Colin. Szarpie w więzach się na krześle.

„Czy to pomoc czy wrogowie? Czy znów życie swoje skreśle?

Czy to Stephen wraz z ekipą na ratunek im przybywa?

Może to inni gangsterzy, wiedzieć chcą gdzie skarb się skrywa?”

Znowu huk i już po chwili, drzwi otworem stoją całe,

a w nich Szatan i Mastema. Pistolety mają małe.

„Tu jest” krzyczy jeden, drugi, szybko sznury rozplątuje.

Wybiegają na korytarz, tam już Stephen przytrzymuje

chłopca, co wygląda, jakby miał wyzionąć zaraz ducha.

W ranach, sińcach, ledwo stoi, krew skapuje mu gdzieś z brzucha.

„Dalej, zanim przyślą wsparcie” Stephen pod ciężarem stęka,

wnet zamienia się z diabłami. Terapeuta w kieszeń sięga.

„Teraz palisz?” pyta Colin, „Sam mówiłeś, nie ma czasu.”

„To ze stresu. Chcesz jednego? Jeszcze trochę ma zapasu.”

Czas spowalnia, zatrzymuje. Ma dwie myśli Colin w głowie:

„To nie miejsce, trzeba zwiewać. Onyx pewnie też się dowie.

Niby średnio jest przytomny, lecz to wcale nic nie znaczy,

niech obudzi się z letargu, z papierosem mnie zobaczy.

Znów zwyzywa mnie od zdrajców, głupców, samolubnych drani.

Rację będzie miał, do czego doszło? Chłopiec starca gani.

Z drugiej strony, chęć jest wielka, papieros do siebie wzywa.

Na sam widok czuję spokój, myśli od złego odrywa.

Colin wzrok kieruje wyżej, teraz patrzy na lekarza.

„Miałeś mnie wyleczyć, przecież nałóg ciągle mi zagraża,

więc dlaczego, mój Stephenie, papierosa proponujesz?

Sprawdzasz moją silną wolę, a może coś złego knujesz?”

Czas znów płynie, zegar tyka. Colin doń bokiem się zwraca,

odpowiada: „może później, najpierw trzeba wynieść malca.”

Przemierzają korytarze, tutaj w lewo, tam znów w prawo.

Biegną, ile siły w nogach, przemieszczają się dość żwawo.

Drzwi majaczą gdzieś w oddali, to już koniec, wyjście widać,

wytężają wszystkie mięśnie, się ucieczka może udać,

lecz nim Stephen klamkę złapał i na wolność się dostali,

głos za nim się rozlega, Colinowi świat rozwali.

„Czy naprawdę sądziliście, że tak łatwo uciec będzie?

Jaki ze mnie byłby gangster, gdybym nie miał oczy wszędzie?”

Stoi porywacz na schodach, patrzy na nich ze spokojem,

w lewej ręce ma cygaro, brudzi podłogę tytoniem.

„Co chcesz przez to nam powiedzieć? Właśnie dom twój opuszczamy.”

Szatan jest zniecierpliwiony. „Więcej się już nie spotkamy.”

„Ty mnie nie interesujesz, możesz odejść, wola twoja.

Jeden z was jednak zostanie, którego jest córka moja.”

Inny drab w króliczej masce, znikąd obok się pojawia,

trzyma w dłoniach duży tablet, na którym im film przedstawia.

Widać port, królika złego, małą dziewczyneczkę trzyma,

stoją tuż nad linią brzegu. Colin naraz oddech wstrzyma.

„Czy możliwe by to było, by odnalazł moje dziecię?”

Złość szponami chwyta serce, robi krok w przód. „Jak wy śmiecie?”

„Zważałbym na swoje słowa, jeden ruch i po niej będzie.

Zostań, a porozmawiamy. Człowiek jej się nie pozbędzie.

Odejdź, a utonie, z twojej winy będzie to nieszczęście.

Reszta może iść, nieważne, mi potrzebni nie jesteście.”

Z przodu stoi nieprzyjaciel, za Colinem wolność czeka,

lecz bez córki nic nie znaczy i dlatego nie ucieka.

Ręce wiszą mu po bokach, głowę ma spuszczoną nisko,

nie ma nad czym tu rozprawiać, ona albo straci wszystko.

„Co ty, Colin, zwariowałeś?” Stephen staje mu na drodzę.

„Musi inne rozwiązanie być, mylisz się pewno srodze.”

Colin patrzy prosto w oczy lekarzowi i go pyta:

„Czyż nie po to się leczyłem, trudna droga ma przebyta,

by na pierwszym miejscu stała, córka co ją zaniedbałem?

Więc się odsuń, terapeuto. Życie swoje już oddałem.”

Znowu rusza nasz bohater i się zatrzymuje znowu,

„Ciesz się Stephen, dałeś radę, wyleczyłeś mnie z nałogu.

Martwy palić już nie będę, w piekle inne przyjemności.

Miło było mi was poznać, spalcie proszę moje kości.”

Idzie, tym razem nie staje, porywacza swego mija,

wraca tam skąd przyszedł, ciemność ciało i myśli spowija.

Dzień 5

Budzi Colin się z letargu, ma zaspane swoje oczy.

Znów do krzesła przywiązany, ktoś za drzwiami blisko kroczy.

Jego ciało z niewygody, bólem tępym wciąż pulsuje,

ale Colin, nasz nieszczęśnik, niczym się już nie przejmuje.

Jego czas  na tym padole, na sam koniec prawie dobiegł.

„Na co piszę się wiedziałem, teraz temu czoła stawie.”

Wiara, że córka przeżyje, jeszcze przy zmysłach go trzyma,

lecz gdy drzwi się otwierają, łez ze strachu nic nie wstrzyma.

„Nie przystoi to mężczyźnie, płakać, słabość okazywać.

Weź się w garść, mój bohaterze. Słowo trzeba swe dotrzymać.”

Nic od wczoraj się nie zmienił – gangster w swoim garniturze,

dalej wielki, obsypany złotem i dalej w purpurze,

Króli krzesło mu przerywa, żeby usiadł przed Colinem.

Gangster cygaro zapala. „Wczoraj świetnie się bawiłem.

Ileż było dramaturgi, jak za starych, dobrych czasów.

Kiedy byłem dużo młodszy, w sercu nie miałem bajpasów.

Lecz gdzie moje są maniery, jam Samuel, poznać miło.

Jeśli będziesz współpracował, zadbam by ci dobrze było.

Moi ludzie cię rozwiążą. Może czegoś się napijesz?

Wody? Kawy? Coś mocnego? Whisky robię sam, czy ty wiesz?

Wydmuchuje dym Samuel, prosto w twarz Colina leci,

ten się dławi, kaszle, płacze, a Samuel po trzy kleci.

„Aleś ty jest delikatny, kiedyś dym był jak perfumy,

każdy nosił papierosa i każdy był z tego dumny.

Palić można było wszędzie, w aucie, pracy, restauracji.

Teraz wszyscy wyczuleni – to za sprawą demokracji.

Niby takie to niezdrowe, ale tyle z nas wciąż pali,

nawet tobie, Postrawiński, fajki z kieszeni zabrali.

Więc się nie krzyw, kiedy mówię, sam spragnionyś nikotyny.

Będziesz grzeczny to dostaniesz, nie rób z siebie biedaczyny.”

„Co ty przez to chcesz powiedzieć? Za komuny lepiej było?

Kiedy w sklepach ziały pustki? Wtedy ci się lepiej żyło?”

„Obiad z najwyższymi jadłem, szlugi z nimi wymieniałem,

teraz żaden nie pokaże, jak mu dym z ust wylatuje.

Nikt się ze mną nie chce spotkać, więc czas przeszły mnie ujmuje.

Lecz wracając do tematu, po co cię tu zaprosiłem,

powiedz, co wiesz o mym skarbie, póki córce nie groziłem.”

Znowu w twarz mu dymem chucha, Colin lepiej się z tym czuje,

prawdziwego papierosa namiastkę mu zastępuje.

Może trochę się odprężyć, skupić na problemie myśli

i choć stara się co miara, nic lepszego nie wymyślił,

więc o wszystkim opowiada, jak spotkali się z lekarzem,

o napadzie i o skarbie, chwali niepalenia stażem.

Nie ma co udawać, kręcić, gdy na szali córki życie,

wcześniej myślał, że da radę, że z pomocą ktoś im przyjdzie.

I faktycznie, Stephen nadszedł, wyciągnął pomocną rękę,

trzeba było ją odrzucić, wprawiając wszystkich w udrękę.

Teraz nikt mu nie pomoże, tylko prawda mu została

i nadzieja, że gdy zdradzi, nie zabiją tego diabła.

„Przecież jakoś se poradzą, pewnie dawno już uciekli.

Skarb zabrali, indziej dali, pewno będą na mnie wściekli,

muszą jednak to zrozumieć, priorytety się zmieniły,

ich znam ledwie od dni kilku, córki nie widziałem… nigdy.”

„Czy tak trudno było wyznać, co się wtedy wydarzyło?”

Samuel radośnie wstaje. „W nagrodę co należyło.”

Kładzie przed nim paczkę fajek. Są zielone, więc miętowe,

długie, jeszcze nie otwarte. „To są moje ulubione.”

Rzuca bez opamiętania się na swoją zdobycz nową.

Zrzuca folię, wdycha zapach, znowu pełną jest osobą.

Razem z Samuelem palą. „Jak mogłem wytrzymać tyle?

Bez lekarstwa zbawiennego, w brzuchu fruwają motyle.

Z Samuela równy gość jest, wcześniej tak nie pomyślałem,

lecz palenie zbliża ludzi, już od dawna to wiedziałem.

Wystarczy podzielić ogień, w mig odnajdziesz przyjaciela,

podzielisz się papierosem, dusza ta cię odzwierciedla.”

Pya Colin się rozmówcy. „Jak już tak sobie siedzimy,

pewniej czuję się przy tobie, może pójdźmy w odwiedziny.

Wiesz, do córki mej kochanej, co jest też tu gdzieś trzymana,

chciałbym się przywitać poznać, przyszłość lepsza nam pisana.”

Tajemniczy uśmiech kwitnie na obliczu Samuela.

„Oczywiście, nie ma sprawy, szybko do niej cię zabieram.”

Tak wychodzą na korytarz, kilka kroków ledwo robią,

a znajdują się pod drzwiami, co je małe kraty zdobią.

„Zanim wejdziesz, coś ci powiem. Mieć wszystkiego nie wypada,

chciałeś córkę, oto ona, reszta teraz wnet przepada.”

Zanim Colin chociaż mrugnie, Samuel na drzwi go wpycha,

tamten leci do środeczka, na betonie cicho wzdycha.

Gangster stoi w drzwiach, góruje nad leżącym zakładnikiem.

„Do twej skromnej wiadomości, fajkę miałeś za składnikiem,

więc się naciesz póki możesz, bo zatrzyma twoje serce.

Wszystko wiem, więc jesteś zbędny, dla nowego zrobię miejsce.”

I odchodzi, a śmiech jego, jeszcze długo się odbija.

„Niech cię piekło, Samuelu.” Colin się na ziemi zwija,

lecz nim wpadnie w ciemną rozpacz, dźwięczny głosik się odzywa:

„Kim ty jesteś? Coś mi zrobisz?„ Wszelka myśl mu się urywa.

Naraz się na łokcie dźwiga, oczy wielkie ma jak spodki,

patrzy, ale nie dowierza. „Czy to mój aniołek słodki?

Czy po wszystkich, wielkich trudach było dane mi spotkanie?

O Najwyższy, wszyscy święci, wysłuchane me błaganie.

Już w porządku, jestem Colin, a ty jakie skrywasz imię?

„Jam Enola, coś cię boli, ciągle płaczesz to się dziwię.”

Colin tylko patrzy na nią, łzy mu obraz rozmazują.

Ciemne włosy ma splątane, okulary nowe kupią,

bo pęknięte, tylko wyjdą, coś dobrego ugotują,

więc się Colin czołga bliżej, małe rączki w swe ujmuje

i głęboko patrzy w oczy, wielkie jak jego, zielone.

„Obiecuję, że wyciągnę nas stąd, to już ustalone.”

Lecz na razie nic nie mówi, że są blisko spokrewnieni,

nie chce robić jej nadziei, gdyby jednak skończył w ziemi.

Więc tak leżą obok siebie, swej przyszłości nie są pewni,

ale czują powiązanie, w końcu tacy bliscy krewni

i choć pierwszy raz się widzą, czują sercem, prawdę znają.

Ojciec, córka, znowu razem, teraz o siebie zadbają.

Dzień 6

Zamyślony siedzi Colin, o ucieczce ciągle myśli.

„Muszą jakoś się wydostać, porywacze wciąż nie przyszli,

ale jak gdy drzwi zamknięte, a trucizna w żyłach płynie?

Enola musi być wolna, mnie i tak śmierć już nie minie.”

Wnet coś z myśli go wyrywa, jakiś zapach, tak znajomy.

„Czyżby to Samuel wracał, chciał jednak pozmieniać strony?

Nie, to bliżej, nie za drzwiami.” I do córki się odwraca,

a dziewczynka trzyma fajkę i o ziemię popiół skraca.

Najpierw szok, niedowierzanie, później złość Colinem trzęsie.

„Masz sześć lat i już podpalasz, ludzie umierają przez nie.

Gdzieś znalazła?” „O tam, w kącie.” „Zapalniczka?” „Strona druga.”

Wyrywa jej papierosa, niemal sam se bierze bierze bucha,

lecz w ostatniej chwili staje i przygląda się zakale.

„Tyle daje to radości i problemów, takie małe.”

„Jestem głodna.” „Wiem, rozumiem, lecz ten drań tu nie pomoże.

Zrobi z ciebie niewolnika. Taki plan był się założe.

Najpierw jeden, drugi, piąty, myślisz jeszcze mam kontrolę.

Samemu się okłamujesz, on już przejął twoją wolę, 

dla małego chociaż wdechu, zrobisz wszystko, sprzedasz duszę.

Nie chcesz, ale twój organizm krzyczy tylko muszę, muszę!

Tak niewinnie się zaczyna, później leci rok za rokiem,

tracisz matkę, ojca, córkę, nałóg staje się wyrokiem.

Właśnie dlatego jesteśmy w celi razem tej zamknięci,

bo raz kiedyś spróbowałem, teraz głodni i zmarznięci.

Ojciec palił, więc dlaczego miałbym być od niego gorszy?

Nie chodziło tu o gorszość, mogłem być od niego zdrowszy, 

chciałem mieć coś z nim wspólnego, chociaż chwilę dla nas samych,

móc wspominać dobre czasy, nie kumpli jego zalanych.

Powiedz na głos o czym marzysz, życie ci się w twarz rozśmieje,

taki finał mojej bajki, marne wszelkie są nadzieje.”

„Bodaj dawno nie widziałem tak wielkiego dramaturga.

Tak ci źle jest? Możesz zostać, niech ucieknie chociaż córka.”

Stoi w drzwiach porywacz, maskę królika na twarzy nosi,

młody jest, sumienie działa, co innego go przywodzi?

„Nie myśl sobie, że mi szkoda, ciebie, takiego tatusia.

Córka twoja, inna sprawa, serce mnie do tego zmusza.

I mnie kiedyś porzucono, kobieta ważniejsza była.

Dam jej szansę, mnie nie dano, niech rodzina cała trzyma.”

Colin siedzi i nie wierzy. „To jest przecież niemożliwe,

tyle szczęścia mieć w nieszczęściu, czy to może być prawdziwe?”

„Drugi raz prosić nie będę, idźcie zanim się rozmyślę, 

macie chwilę dosyć długą, później Samuel nas przyśle.”

Więc wychodzą, ojciec z córką i trzymają się za ręce.

„Niech ci z góry wynagrodzą.” „Dzięki, lecz od diabła nie chce.”

Uciekają korytarzem, trafiają do wielkiej sali,

gdzie się rozdzielili z grupą, już tak blisko stali.

Tym razem wychodzą dalej, na ogródek i ulice.

Oślepia ich zachód słońca. „Niech to, teraz nic nie widzę.”

Lecz brną dalej, byle naprzód, byle dalej od niewoli

od gangstera – porywacza, skarbu, nadziei, niedoli.

W końcu widzą, gdzie zmierzają, Colin wielce ucieszony.

„To po drugiej stronie miasta. Tu mieszkałem, znam te strony.

Musimy na most się dostać, stamtąd prosto na komendę.

Tam dorwiemy tychże drani, już ja jego się pozbędę.”

Coraz niżej słońce schodzi, coraz wolniej Colin biegnie,

najpierw to on ją prowadził, teraz pierwsza kroczy dzielnie.

Sam mówiłeś, żeby szybko, więc dlaczego tak zwolniłeś?

Drugi raz nam się nie uda. On tak mówił, potwierdziłeś.”

„Wybacz, ale już nie mogę. Zaraz serce mi wyskoczy,

coś dodali mi do fajki. Czuję jak śmierć za mną kroczy.”

„Jeszcze chwila, parę kroczków i na moście się znajdziemy.”

„Ja zostanę, ich odciągnę. Wolni razem nie będziemy.”

„A więc tak to? Się poddajesz, teraz gdy już widać metę?”

„Nie mogę już wziąć oddechu, płuca jakby nożem pchnięte.”

„Wolisz zostać w tych kajdanach, zamiast o swą wolność walczyć?”

„To nie tak, już ci mówiłem.” „Może nie chcesz dziecka niańczyć?”

„Co? Nieprawda! Nic takiego przez myśl mi nie przeleciało.”

„Ty tak mówisz, lecz wiem lepiej, teraz mogę mówić śmiało.

Samuel mi opowiedział jaka z ciebie jest osoba,

że ty jesteś z moim ojcem,a tu mija prawie doba,

a ty słówka nie pisnąłeś. Tylko dziwne zachowanie

zdradza, żeś w środku targany, a może to me gdybanie?

Nicy tak ci zależało, by od niego nas uwolnić,

a gdy prawie się udało, ty koniecznie musisz zwolnić.

Gorzej, uciec próbowałeś i znów samą mnie zostawić.

Co z ciebie za rodzic, ojciec? Dalej, spróbuj mnie poprawić!”

Gdzieś po środku mostu stoją, a wiatr ich włosami targa.

Colin klęczy na chodniku, w uszach dzwoni mu jej skarga.

Sił ostatkiem broni siebie, dyszy jak po maratonie.

„Ja naprawdę już nie mogę, ani kroku więcej zrobię.”

„Doskonale, bo nie musisz, moi chłopcy ci pomogą.

Wezmą pod ramiona zaraz i do celi cię zawloką.”

To gangsterów szef się zbliża, Samuel w swojej osobie,

zanim stado jest królików, każdy w rękach ma dwie bronie.

„Colin, tutaj! Już jesteśmy!” Z drugiej strony Stephen krzyczy,

zanim diabły, nawet Onyx, co się zaś Colina tyczy,

na skraju wytrzymałości, chłopaczyna się znajduje.

„Tyle myśli huczy w głowie, zaraz chyba wykituje.”

Wokół jeżdżą samochody, a przechodniów nie ma wcale,

gdzieś daleko słychać zegar, jak wybija północ w chwale.

Dzień 7

A więc o to wielka chwila. Tak się finał rozpoczyna.

Na tym moście się rozstrzygniemy, czy żył będzie chłopaczyna.

„Mości panie terapeuto, gdzie wywiozłeś me pieniądze?

Miały być na wysypisku, czuję teraz mordu żądzę,

bo niczego tam nie było, ani złamanego grosza.

Myślisz, żeś jest taki cwany, upokorzeń ja nie znosza,

więc mi prawdę tu wyśpiewasz albo jeden zaraz zginie.”

Samuel gasi cygaro, broń stopuje na Colinie.

„Hola, spokój, pogadajmy! I co powiesz na połowę…”

„Na połowę mych pieniędzy? Chyba masz nierówną głowę!”

Nie chcesz? Dobra! Ultimatum! Z swymi ludźmi wraz odejdziesz,

a spotkanie to przeżyjesz, więcej się już nie odezwiesz,

bo inaczej marnie skończysz, wykrwawiając się na drogę.”

„Ty, doktorze śmiercią grozisz? Śmiechu warte, no nie mogę.”

Dwóch przywódców przeciw stoi, obelgami się obrzuca,

fajki kończą raz za razem, niemal widać czarne płuca.

Kaszle Colin, łzy mu lecą, dalej klęczy z głową nisko,

tyle dzieje się dokoła, jak wpakował się w to wszystko?

Szuka gdzie dziecina jego, do barierki się przytula.

Biedna, z oczu strach wyziera, gdyby była tu matula…

Rzadko myśli o swej matce, lecz by teraz się przydała,

wszystkich sprałaby na jabłko, w łzach by swoich nie leżała.

Więc powoli wstaje Colin, myśl ta daje mu otuchy,

w żyłach jego krew jej płynie, za nim stoją przodków duchy.

„Dosyć! Basta!” Kończy kłótnie. „Mam kłopotów rozwiązanie.”

Już za długo nic nie mówił. „W końcu też mam swoje zdanie.

Stephen, oddaj mu pieniądze. Banków wiele jest na świecie,

zawsze inny można okraść, więcej wziąć jeżeli chcecie.

Samuelu, weź i odejdź, więcej spotkać się nie chcemy.

Dużo strachu się najadłem, razem kwita, uznajemy?”

Nie wiadomo, który bardziej zaskoczony był słowami,

ale naraz się ocknęli i rzucili obelgami.

„Myślisz, że jak oddasz forse to wybacze wam zniewagę?”

„To ja jestem hersztem grupy, za nic oddam mu przewagę!”

„To dopiero jest początek, musiał będziesz odpracować.”

„Czyś ty zgłupiał już do reszty? Miałeś się z nią ustatkować.”

„Może kiedyś ci odpuszczę, lecz na smyczy zawsze będziesz.”

„Prędzej trupem tu zostanę niż ty gdzieś pieniądze weźmiesz.”

„Mówisz trupem? Da się zrobić. Ile dziur chcesz mieć na czole?”

Nie myśl, że mnie możesz straszyć. Chcesz popływać tam na dole?”

Obaj mają pistolety, w siebie wprost wycelowane.

Atmosfera się zagęszcza, odwrót – nie będzie im dane.

Colin znów interweniuje, ręce przed siebie wyciąga,

muszą jakoś się wydostać, tylko kłopoty przyciąga.

„Jeśli chcecie się zabijać, śmiało proszę, wolna droga,

tylko dajcie odejść z córką, po co jej ta cała trwoga?

To jest wasz spór, my przypadkiem w jego centrum się znaleźli.

Nie będziemy wam przeszkadzać, żadne z nas was nie rozeźli,

jak upiory wnet znikniemy, nigdy nas nie zobaczycie,

nigdy więcej o Colinie i Enoli nie wspomnicie.”

Stephen z Samuelem patrzą, ledwo kiwną se głowami,

a już jeden przez drugiego, zasypują pytaniami.

„Więc nikomu nic nie powiesz co na moście się zdarzyło?

W celi, banku, gabinecie. Co się córce przydarzyło?”

Więc już więcej nie zapalisz papierosa, ani razu?

Byłeś u nie na terapii. Czy dotrzymasz też zakazu?”

„Coś wam powiem, mości państwo. Przez dni kilka się zmieniłem,

los pozwolił córkę poznać, oczy swoje otworzyłem.

Ile zła jest dookoła, ile wokół trzeba zmienić,

więc jak tylko stąd odejdę, zacznę w swoim mieście plewić.

A rozpocznę od gangstera, co przede mną bronią macha.

Już nikogo nie uwięzisz, chłopak ten się nie zawaha…”

„Co za dureń! Plan swój zdradzasz, władcy co go chcesz obalić?

Wiem już, jaki plan masz w głowie, teraz muszę ciebie zabić.

Ale najpierw, ją zabiję, taka strata cię zaboli,

umrzesz z myślą, że to twoja wina jest waszej niedoli.”

Kilka rzeczy dzieje naraz się, więc sobie wyobraźcie.

Stephen robi krok do przodu, zło przeczuwa nieodparcie.

Enola na ziemi kuca, by najmniejszą zająć przestrzeń.

Colin się tuż przed nią rzuca, by zakrzywić czasoprzestrzeń.

A Samuel bez pośpiechu, cygaro swoje dopala,

cel namierza, przeładuje, z hukiem swoją broń odpala.

Epilog

Roczek minął od wydarzeń, co zdarzyły się na moście.

Colin siedzi sobie w parku, czeka, aż przyjdą doń goście.

Bierze oddech pełną piersią, cieszy się kolejną chwilą,

słońce świeci, dzieci krzyczą, dobre czasy niech nie miną.

„Tutaj jesteś! Wszędzie szukam ciebie po tym wielkim parku.”

Mach Stephen do dziewczynki w piasku. „O to jestem smarku.”

Enola mu odmachuje, właśnie babkę postawiła,

lecz gdy formę z niej podnosi, ta się cała rozwaliła.

„Co tam u niej? Czy u ciebie w końcu się zadomowiła?”

„Trochę to zajęło, jednak teraz się już rozkręciła,

adopcja przebiegła gładko, ostatnie są formalności.”

„No nareszcie, gratuluję, dobre są to wiadomości.”

„Nie myśl sobie, nie tak łatwo, co próbujesz, zobaczyłem.

Ona do was nie ma żalu, lecz ja wam nie wybaczyłem.”

„Colin, druhu, daj już spokój, cały rok nam wypominasz,

a przygoda dużo wniosła, o tym ciągle zapominasz.”

Samuel na ławce siada, już cygaro chce rozpalić.

„To plac zabaw, weź to świństwo. Tam jest znak, żeby nie palić.”

„Widzisz? Widok papierosa wywołuje obrzydzenie.

Ta terapia cuda zdziała, trzeba uczcić to jedzeniem.”

„Się nabrałem, uwierzyłem, dobrze, to jest moja wina,

ale żeby dziecko zmusić? Co z ciebie za lekarzyna?”

„Taki, co to wybrał ciebie, by z nałogu cię wyleczyć.

Taki, co pół miasta skrzyknął, byś w tę sztukę mógł uwierzyć.

Taki, co do rozrachunku i przemyśleń ciebie zmusił.

W końcu, taki, co wyleczył i się bardzo przy tym strudził.

Lecz ty tego nie doceniasz i wciąż jedno wypominasz.

Rację ma, Samuel drogi, najważniejsze zapominasz.

Czy porwałem z sierocińca, tamto dziecko, twą Enole?

Jasne, ale się zgodziła, więc w czym problem, ja chromolę.

Minął rok, razem mieszkacie, jak swą córkę ją traktujesz,

wiem, że to krew z krwi twojej. Chcesz powiedzieć, że żałujesz?”

Colin nic nie odpowiada, patrzy w eter, gdzieś przed siebie.

Wraca myślą do momentów, gdzie się bał czy skończy w niebie,

ale raj na ziemię przyszedł, Colina życie ułożył.

Postawił Stephena przed nim, by wszelkich starań dołożył

i od tego czasu wszystko ku lepszemu się układa.

Córka, praca i mieszkanie, lecz niepokój wciąż go splata.

„Dobry przesadnie nie byłem, więc nie zasłużyłem sobie,

by tak wielką pomoc dostać. Ja nie pomógłby osobie,

co to raz ją zobaczyłem, więc co was do mnie skłoniło?

Dlaczego ze wszystkich ludzi, me nieszczęście was ruszyło?

Tyle błędów popełniłem, złego też z premedytacją,

a wy pomóc mi chcieliście z tak wielką kolaboracją.

Pojąć tego wciąż nie mogę i to spędza sen z mych powiek,

raz daliście, wziąć możecie, taki był to ze mnie człowiek.”

„W końcu gadasz jakoś z sensem, skup się na tym jednym słowie.

Był – czas przeszły, nie obecny, tyle się w tobie zmieniło.

Czy o sobie byś pomyślał, żeś jest skory do poświęceń?

Że w tak trudnym dla doń czasie będziesz chciał dać tylko więcej?

Ile razy mogłeś buchnąć, ale jednak się wstrzymałeś?

Ile razy mogłeś uciec, ale jednak z nią zostałeś?

W końcu, kulę chciałeś przyjąć, by Enoli nie dosięgła.”

„Miałem szczęście, że gumowa, choć sina rana rozległa,

jeszcze długo mnie bolała, wielki obrzęk, no i piekła.”

„Jedne cel ta sztuka miała – nadzieję w tobie zalęgła,

że na dnie twej ciemnej duszy, tli się małe, jasne światło,

że tam w środku jesteś dobry, choć się tyle złego działo.

Teraz to już w twojej, by to światło podtrzymywać.

Myśmy oczy ci otwarli, spróbuj jakoś to utrzymać.

„Myślisz ciągle o etyce, oczywiście, jej nie było,

ale sukces murowany, więc się raczej opłaciło.

Zapamiętaj raz, a dobrze, nikt przy sztuce nie ucierpiał,

wszystko było makijażem, Onyx sińców i ran nie miał.

Tylko ty to przeżywałeś, twe emocje były prawdą.

Sztuka miał cię odmienić, wstrząsnąć tobą ręką twardą.

W kilka godzin cię zbliżyła do obcego dziecka tego,

wielkich cudów dokonała, więc nie spartol życia swego.”

„A co u nich, u Onyxa, u Szatana i Mastemy?”

„Chcesz zapytać co u George’a, Jonathana i Alchemy?

Bardzo dobrze, po teatrach, dzięki tobie, występują.

Chyba Fausta mają zagrać, więc znów diabłem się zajmują.

Jutro do nich mam dołączyć, scenografię będę robił,

Stephen wróci do leczenia, na chleb znów trzeba zarobić.”

Chwilę siedzą po cichutku, każdy w swoich myślach tonie,

aż tu Colin się odzywa, serca z żaru, aż mu płonie.

„Chociaż dalej się nie godzę na dziwne metody wasze,

muszę przyznać tutaj rację, zmieniło to życie nasze,

więc jak siedzę między wami, w mym imieniu i Enoli,

chce wam bardzo podziękować za ucieczkę od niedoli.

Gdyby nie ta interwencja, wszystko byłoby jak dawniej,

każde żyłoby tuż obok, czując się wciąż coraz marniej.„

Stephen klepie po ramieniu Colina i odpowiada:

„Ciesz się życiem, krótkie ono, ludzi szybko z planszy zmiata.

Trzeba celebrować chwilę, szukać swojej drogi w świecie,

co dzień lepszym wciąż się stawać, ale chyba to już wiecie?”

„Dosyć moralizowania, chodźcie uczcić zrozumienie.

Colin nam kolacje stawia, mam wykwintne podniebienie.”

„Ja? Dlaczego?” „Resztę życia będziesz stawiał nam jedzenie,

chociaż tak nam się odwdzięczysz za cudowne uzdrowienie.”

„Tylko tyle? Mała cena, tak niewiele się cenicie?

Chociaż jednak zmieniam zdanie. Zapomnijcie. Hej! Słyszycie?”

Wszyscy śmiechem wybuchają i zmierzają w stronę słońca,

wśród radości i spokoju, dobiega przygoda końca.

Morał z tego płynie prosty, nie warto marnować życia

na chociaż jednego dymka, narkotyki ani picia.